Zniewoleni przyzwyczajeniem

Dyskusje na temat cerkiewnego kalendarza w Polsce wzbudzają się mniej więcej w czasie przedświątecznych promocji w sieciach handlowych. Początek grudnia, początkiem walki o czystość tradycji, ujednolicenie bądź zdywersyfikowanie kalendarza liturgicznego i pozostałe tematy poboczne. Po nasyceniu się świątecznym pokarmem w dwóch turach (25 XII i 7 I), głód rozwiązania problemu zostaje pokonany.


Wydaje się, że kwestia nasycenia się gasi głód walk kalendarzowych, aż do kolejnych rodzinnych świąt. Ale czy to na pewno trafna diagnoza?

Stawiam nową tezę. Problemem jest nasze skoncentrowanie się na tym jedynym święcie, jego przeakcentowanie, które (co niezmiernie ważne w tym wątku) jest jedynie OBRZĘDOWE a nie DUCHOWE. Boże Narodzenie w kulturze masowej, religijnej i ateistycznej stało się centralnym i najważniejszym elementem kultywowania tradycji.

Religijnie rozwija się to w stronę wigilii, kolęd, choinki, karpia, szopek, barszczu i setek innych mniej lub lepiej skomercjalizowanych i zglobalizowanych elementów. W tradycji ateistycznej święta te też są obecne - przecież mamy Winter Holiday, prezenty w skarpetach, santa clausów z gromadą reniferów i elfów, przedświąteczne promocje i poświąteczne wyprzedaże, akcje charytatywne i nieodparte poczucie zbliżenia się do tych, których przez cały rok ignorujemy.

Oczywiście w obu przypadkach tradycje te, mniej lub bardziej maskują prawdziwy charakter Bożego Narodzenia. Wigilia staje się centralnym elementem, rodzina - głównym bohaterem, prezenty i kolędy - sezonową rozrywką, szopka - tubą politycznych manifestacji. Kto już zupełnie nie chce widzieć w tym Boga, też może spędzać radosne święta. Parę lat temu dziwiłem się, że amerykańscy Żydzi również stawiają w swych domach choinki i obdarowują się prezentami w skarpetach. Teraz już mnie to nie dziwi. Wkrótce cały świat będzie w świętach grudniowo-styczniowych widział jedynie tą wierzchnią, tradycyjną warstwę.

Nic więc dziwnego, że w Cerkwi w Polsce my również przeżywamy swoje bożonarodzeniowe rozterki. Roztrząsając kwestie kalendarza, zastanówmy się co nas do tej dyskusji prowokuje?

Teraz uwaga, objawiam sensacyjną wiadomość: kalendarz nie dotyczy jedynie Bożego Narodzenia. Jest systemem, który porządkuje nasze życie na przestrzeni całego roku. W kalendarzu tym obowiązuje pewien schemat i porządek. Święta nie spadają nagle, jak santa claus w przewodzie kominowym, mają swoją kolejność. Dzień świąteczny nie pojawia się znikąd, jest poprzedzony przygotowaniem, okresem przedświątecznym, ze swoją ściśle określoną tematyką. Kalendarz buduje naszą drogę na przestrzeni roku, od Paschy do Paschy, niekiedy zazębia się, czasem przyspiesza, czasem zwalnia, dopasowując się tym samym do treści, które pragnie nam przekazać. A tej treści jest co niemiara. Na wiosnę archanioł objawia Marii, że ta narodzi Mesjasza. Po dziewięciu miesiącach rodzi się Zbawiciel. Osiem dni po narodzinach, zgodnie z tradycją żydowską Dziecko jest obrzezane, co kalendarz liturgiczny wspomina w dniu święta Obrzezania Pańskiego (14 stycznia). W kalendarzu, w cyklu rocznym, zawarta jest jednak cała historia Bożego aktu zbawczego. Dlatego wkrótce po Obrzezaniu wspominamy Chrzest Pański, kiedy to trzydziestoletni Zbawiciel przychodzi nad rzekę Jordan. To także początek ewangelicznego nauczania. Zbawiciel wychodzi do ludzi i ukazuje im drogę do Królestwa Niebiańskiego. A ponieważ droga ta prowadzi poprzez "wyrzeczenie się samego siebie", to również i On, Mesjasz i Zbawca Jezus Chrystus przechodzi tą drogę. Następuje Krzyż, poprzedzony Niedzielą Palmową. A na trzeci dzień Zbawiciel Zmartwychwstaje. Na czterdziesty dzień po Zmartwychwstaniu pozostawia swoich uczniów i wznosi się na niebo, a w dziesięć dni później zsyła im Pocieszyciela, Ducha Świętego. Dalej kalendarz wspomina o owocach Ducha Świętego, które od tego dnia nieustannie widoczne są w Cerkwi. Tydzień po Pięćdziesiątnicy modlimy się za Wszystkich Świętych, tj. wspominamy tych, którzy są dowodem na moc łaski Ducha Świętego.

To wszystko, i znacznie więcej, opowiada nam kalendarz liturgiczny. A my, wraz z nim, wszystko to przeżywamy. Stajemy się uczestnikami Bożej historii, podążamy do tych wydarzeń i staramy się w nich uczestniczyć.

A może jednak nie?

Czy kontrowersje kalendarzowe wokół starego i nowego stylu, które uwidaczniają się na przełomie roku, nie stanowią pośrednio dowodu na to, że z tego całego cyklu, wybieramy tylko jeden, dwa elementy, wokół których budujemy nasz własny liturgiczny kalendarz? Boże Narodzenie i Wielkanoc wystarczą. Jedno to święto rodzinne, drugie - trochę bardziej Boże. I wystarczy. I na jednym i na drugim nie skupiamy się ze względu na ich duchowy charakter, lecz ze względu na tą natarczywą kampanię medialną, która przypominając o tych wszystkich ważnych "tradycjach" i "obrzędach", chcąc nie chcąc przypomina i nam o tym, że coś świętować trzeba.

Szczerze i oddanie walczymy o kalendarzowy porządek na przełomie roku, bo przecież i dzieci a czasem bardziej dorośli, też chcą "ze wszystkimi" zjeść wigilijną wieczerzę, dostać prezenty, mieć wolne, poświętować z rodziną, odwiedzić bliskich, życzyć znajomym z Facebooka wszystkiego co najlepsze.

Nie staram się w tym wątku odpowiedzieć na problem istnienia dwóch kalendarzy liturgicznych w naszej Cerkwi. Chcę podkreślić jedno ze źródeł tego problemu, które tkwi w naszym przywiązaniu się do tej masowej, "christmasowej" tradycji. Walka o kalendarz przypomina mi walkę o ten stół wigilijny z dwunastoma potrawami, choinkę, prezenty i całą tą świąteczną otoczkę. Walka ta ucicha i ginie kiedy Cerkiew wspomina święto Zwiastowania Bogurodzicy, Spotkanie Pańskie, Przemienienie Pańskie czy Zaśnięcie Bogurodzicy. Czy może to świadczyć o tym, że te święta dla większości przechodzą niezauważalnie? Być może tak, a przyczyną tego jest ich nieskomercjalizowanie. Tych świąt nie zauważamy w centrach handlowych, w zakładach pracy czy szkołach. W urzędach wojewódzkich nie przynoszą na uroczyste spotkania świec gromnicznych, nie dzielą się poświęconymi owocami czy ziołami. Wtedy też przestaje to być ważne. Te święta przemijają bez większego zainteresowania.

Piszę tak z perspektywy życia parafialnego w Białymstoku. Boże Narodzenie i Pascha to święta, dla których powinniśmy wybudować dodatkowe nawy w świątyni. W dni pozostałych świąt, miejsca dla wiernych nie zabraknie.

Poruszone kwestie nie są również związane z ludźmi, którzy żyją życiem liturgicznym w parafiach kierujących się nowym stylem. Tam wszystkie święta, cały cykl kalendarzowy zachowany jest spójnie i logicznie, jedynie nieco wcześniej niż w parafiach starostylnych.

Powyższe wywody skleciłem w oparciu o fenomen lokalnych, podlaskich pomysłów, kiedy ludzie, którzy na co dzień, uczestniczą w życiu liturgicznym w oparciu o stary styl, na koniec grudnia czynią w nim wyłom, żeby poświętować Boże Narodzenie "razem ze wszystkimi". Przyczyny i intencje są różne, efekt podobny - koncentrując się na otoczce Bożonarodzeniowej, wigilijnym stole i rodzinnym przyjęciu, ignorujemy zarówno duchowe przeżycie tego konkretnego święta, jak też ukazujemy ignorancję dla drogi, którą w trakcie roku prowadzi nas Cerkiew. Ta niekonsekwencja obnaża nasze podejście do wyznawanej wiary. Podejście, które zawstydza swoją banalnością i przyziemnością. Poświętowawszy Boże Narodzenie, ludzie wrócą po jakimś czasie do swoich parafii, gdzie życie płynie swoim stałym tempem. I tak nasyceni świętowaniem wytrwają w tym niezrozumiałym przez nich kalendarzu do kolejnych "rodzinnych" świąt.

PS. Wśród uczniów szkół średnich, których kiedyś uczyłem, jedynie jednostki znały datę święta Spotkania Pańskiego. Wniosek narzuca się sam - święto nieznane. Skoro nieznane to i problemu nie ma, kiedy i według jakiego kalendarza ktoś je w parafii wspomina.

Komentarze

  1. stary kalendarz jest niedokladny - jak bedizemy sie go trzymac to przyjdzie taki dzien, ze Boze Narodzenie bedzie po wielkanocy - moze to bedzie jakis argument... szkoda mi, ze nasi hierarchowie nie widza jak sie zmienia swiat i tracimy szanse na zatrzymanie mlodych ludzi przy cerkwi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zgodzę się z przedmówcą. Jak młoda studiująca osoba nie zauważam problemu wynikającego z praktykowania kalendarza juliańskiego i nie sądzę, iż to przez kalendarz "tracimy szanse na zatrzymanie młodych ludzi przy Cerkwi". Jak autor artykułu stwierdził "kalendarz jest systemem, który porządkuje nasze życie na przestrzeni całego roku", więc nie ograniczajmy się w dyskusjach w kwestii kalendarza do rożnic czasowych w obchodzeniu jedynie swiąt Bożego Narodzenia i Paschy. Wg mnie przjęcie kalendarza gregoriańskiego, którym posługują się praktycznie wszystkie państwa to sposób ułatwienia sobie życia, pewien rodzaj wygodnictwa, ale należy pamiętać „Nie w sile Bóg, lecz w prawdzie” (Św. Aleksander Newski). Jeżeli wg niektórych kalendarz nie powinien odgrywać znaczącej roli i dla własnej wygody przyjmują kalendarz gregoriański, niech się zastanowią dlaczego Cud zejścia Świętego Ognia jest nam dany akurat w Wielką Sobotę wg kalendarza juliańskiego. Poza tym Nowy styl jest sprzeczny z tradycją

    OdpowiedzUsuń
  4. Irina, kalendarz juliański jest błędny, kalendarz gregoriański i nowojuliański są tego błędu pozbawione. Np. prawosławna data Wielkanocy jest obliczana na podstawie fikcyjnych, "juliańskich" pełni księżyca, które w rzeczywistości występują w innych dniach,. To nie ma sensu. Czy trzymanie się kurczowo błędnego kalendarza ma jakiś cel, oprócz tego oczywiście, że zniechęci młodych myślących ludzi do Cerkwi? ... Tobie rozbieżność kalendarzy nie przeszkadza, mi przeszkadza bardzo, bo studiuję medycynę i wygospodarowanie kilku wolnych dni na Boże Narodzenie i Wielkanoc wiąże się u mnie z wieloma zarwanymi nocami...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Jak przyciągnąć ludzi do Cerkwi? Pokażcie im swoją radość.

Uczestnictwo czy wrażenie

Karteczka